Opowieści o pilocie Pirxie
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Stał więc na sta­lo­wej de­sce i cze­kał na obu in­struk­to­rów oraz na Sze­fa, a wszy­scy trzej nie wia­do­mo cze­mu się spóź­nia­li, cho­ciaż start był wy­zna­czo­ny na dzie­więt­na­stą czter­dzie­ści, a była już dzie­więt­na­sta dwa­dzie­ścia sie­dem. Po­my­ślał, że gdy­by miał ka­wa­łek pla­stra, mógł­by przy­le­pić so­bie bryk pod pa­chą. Mó­wio­no, że tak zro­bił mały Yer­kes, a gdy go in­struk­tor do­tknął, za­czął pisz­czeć, że ma ła­skot­ki, i uda­ło mu się. Ale Pirx nie wy­glą­dał na ta­kie­go, co ma ła­skot­ki. Wie­dział o tym i nie miał co do tego żad­nych złu­dzeń. Trzy­mał więc cał­kiem zwy­czaj­nie bryk w pra­wej ręce i do­pie­ro gdy przy­szło mu do gło­wy, że bę­dzie ją mu­siał po­dać na przy­wi­ta­nie wszyst­kim trzem, prze­ło­żył go do le­wej, a książ­kę na­wi­ga­cyj­ną z le­wej do pra­wej. Ma­ni­pu­lu­jąc tak, roz­bu­jał nie­chcą­cy sta­lo­wy po­mo­ścik, któ­ry chwiał się jak tram­po­li­na. Na­raz usły­szał po dru­giej stro­nie kro­ki. Nie od razu ich zo­ba­czył, bo pod stro­pem hali było ciem­no.