– To była bardzo długa i strasznie mroźna zima – powiedział w końcu dziadunio, wstał, po czym potarł kciukiem powiekę, aż oko zatrzeszczało.
I nie mówił już więcej, czy to nie chcąc budzić wspomnień, które zamroziły dziesiątki mroźnych zim, czy też obawiając się matuli, która właśnie wróciła do domu z koszem pełnym świec.
Trzasnęły drzwi, matula otrzepała buty, weszła do kuchni i od razu zrozumiała, co się działo. Tak, nie trzeba jej było niczego tłumaczyć, jej przenikliwy wzrok objął dziadka wystukującego resztki tytoniu z fajki, którą miał w zwyczaju ćmić po śniadaniu, obiedzie i przed snem, potem ujrzała wszystkich domowników zgromadzonych wokół staruszka i dwie swoje córeczki nakryte pierzyną pod same nosy. Ich wielkie brązowe oczy świeciły niczym dwie latarnie, oznajmiając matce, że oto w tej izbie brzmiały echa przerażających historii.
– Znowu dziadek wam głupot do głów nakładał, co? – zapytała, biorąc się pod boki.
– Daj żyć, Marysiu. – Dziadunio zbył ją machnięciem fajki. – Tak jakbyś ty za dzieciaka nie słuchała takich opowieści.