– Tym się nie naje nawet najchudszy potwór, masz rację, więc żeby sobie podjeść, Śmierciucha odgryzła jej też piersi, duże i białe. Musiały jej smakować, bo wiele nie zostawiła, krwią nachlapała i jęzorem posokę po brzuchu rozmazała. Ale przestała wyć.
– Złapali ją? – zapytałem w końcu, bo to mnie najbardziej ciekawiło.
– Nie – zaprzeczył stanowczo dziadek. – Michałku, nie złapano. Śladów zostawiła, kopyta wielkie miała i szpony przy łapach jak noże, poszli po tych śladach z widłami, ale w lesie ginęły, a tam już bali się iść, zresztą dni krótkie, a śniegi straszne były, nie do chadzania po lesie taka pogoda, oj nie.
– Ale wyć przestała? – dopytywał Pietruś.
– Najadła się i przestała – oznajmił dziadek. – Tyle że nie minął tydzień, jak znowu wycie spadło na wieś.
– Ojej – jęknęła Esterka.
– Zabiła znowu? – drążył niestrudzenie Pietruś.
W izbie zaległa cisza jak makiem zasiał i chciało się krzyknąć albo chociaż westchnąć, żeby tak cicho nie było, ale wyręczył nas ogień, który w kominie trzasnął mocno na żywicznym polanie i wyrwał dziadka z zamyślenia.