Osada
Michał Śmielak — Literatura

– I świece jej za­nieś, bo kto wie, kiedy prąd bę­dzie – do­dała, wrę­cza­jąc mi mały pa­ku­nek. – Nafta nam się do lamp koń­czy, kto by po­my­ślał, że tak czę­sto tej zimy prądu nie bę­dzie i lampy się przy­da­dzą. Na­ro­bi­li­śmy świec, a Ka­pica ma się ju­tro wy­brać do sklepu w mie­ście po naftę, może kupi parę fla­szek.

Za­bra­łem pa­ku­nek od mamy, ubra­łem się cie­pło, bo mimo że dom babci był obok na­szego i mógł­bym szybko prze­le­cieć, to póź­niej by­li­śmy umó­wieni z An­drze­jem i Krzyś­kiem w sto­dole tego ostat­niego, żeby omó­wić na­sze wła­sne przy­go­to­wa­nia do świąt.

***

Bab­cia po­ki­wała smęt­nie głową, po­twier­dza­jąc, że wszystko, o czym opo­wia­dał dzia­dek, było prawdą. Mu­sia­łem za­py­tać, wyj­ścia nie było, a tylko ona mo­gła wie­dzieć to samo.

– I całą zimę ta Mara sza­lała po wsi? – za­py­ta­łem, nie do­wie­rza­jąc.

– Mó­wią, że całą – od­po­wie­działa bab­cia, obie­ra­jąc uważ­nie ma­łym no­żem jabłko, jak za­wsze wal­cząc o pry­mat w ro­bie­niu naj­dłuż­szej obierki na świe­cie.

– I dużo dziew­czyn za­brała?