– Różnie mówili, ale że jak już zacznie, to dopóki mróz nie zelży, będzie zabierać. Mój dziadek opowiadał, że wtedy sporo grobów trzeba było wiosną kopać. Zimą nie dało rady, bo takie tęgie mrozy nadeszły, że w ziemię nie szło nawet szpilki wbić. Trzymali ciała w stodole pozawijane w całuny aż do wiosny.
– I nie złapali Mary?
– A jak demona złapać? – zapytała babcia, krojąc jabłko na cząstki i podając mi na talerzyku. – Przyjechał posterunkowy, w papierach ponoć coś napisał i tyle go widzieli.
– Dziwne to wszystko – stwierdziłem. – Że tak coś przyłazi i zabija, a ludzie nic.
– Był potem ksiądz wezwany – odparła babcia. – Modlił się i święcił ziemię.
– I pomogło?
– Wyć przestało i ludzie ginąć przestali, nigdy już Mara nie wróciła. Mało to ma wiosek, gdzie ziemia niepoświęcona? A może co miała zeżreć, to zeżarła, i już? Kto wie? Chyba tylko jeden Pan Bóg. No, nie mówmy już, nie wywołuj wilka z lasu.