Osada
Michał Śmielak — Literatura

Może to jed­nak nie lampa, nie świa­tło, a głos dziadka trzy­mał je na wo­dzy? Bo on je znał, wi­dział wiele razy, jego małe, oko­lone pa­ję­czą plą­ta­niną zmarsz­czek oczy tak wiele wi­działy, rze­czy złych i do­brych. Każdy siwy włos dziadka był ra­chun­kiem za zo­ba­czone zło, a wi­dział go po­dobno wiele. I te­raz o nim opo­wia­dał.

– Sto lat bę­dzie na­zad, jak to było – po­wie­dział sta­ru­szek po dłu­giej chwili wpa­try­wa­nia się w pło­nący ko­mi­nek. – Ja to jesz­cze nie by­łem na świe­cie, ale oj­ciec opo­wia­dał, a mó­wił tylko to, co sam wi­dział.

Dzia­dek znowu za­milkł i nie od­ry­wał oczu od wy­mu­ro­wa­nego sza­rymi ka­mie­niami ko­minka wy­peł­nio­nego raź­nymi pło­mie­niami. Ska­kały, tań­czyły, głu­pio i bez­myśl­nie, jak to one, ale bez nich czło­wiek by za­marzł, ot co. Za­tem i z głu­piego może być po­ży­tek. Li­sto­pad zgo­to­wał im nie­mal lato, dawno już tak nie było, po­tem desz­cze, jakby kto w nie­bie staw opróż­niał, no a gru­dzień na­słał mrozy pier­wej bez śniegu, ale już się po po­lach bie­liło, więc zo­stało nam sie­dzieć w cha­łu­pie i słu­chać.