Osada
Michał Śmielak — Literatura

– Zima też była tęga, za­częła się w li­sto­pa­dzie i trzy­mała do maja. Jed­nego dnia słońce i ra­dość, a dru­giego ciem­ność i mróz. Żeby tak po bo­żemu, że pier­wej zimno, a po­tem lód ka­łuże skuje, czło­wiek wtedy wie, czego się spo­dzie­wać, ale nie, przy­szło i już.

– I wtedy też tak wyło? – za­py­tał Pie­truś, pod­ro­stek jesz­cze.

Cała sprawa roz­cho­dziła się o to, że od­kąd ści­snęły mrozy, coś prze­raź­li­wie wyło po nocy, aż wszy­scy wstrzy­my­wali pod pie­rzy­nami od­dech, żeby złego nie sku­sić, nie zwa­bić do domu. Gdy za­pa­dały ciem­no­ści, a księ­życ wcho­dził wy­soko na niebo, co­raz cień­szy i chud­szy, po wio­sce mo­men­tal­nie roz­le­gało się wy­cie. Gdy tylko ktoś wy­cho­dził spraw­dzić, co to tak wyje, to na­sta­wała ci­sza jak ma­kiem za­siał.

– Wyło – po­twier­dził dzia­dek i prze­niósł wzrok na Pietrka, smutny, zmę­czony, po czę­ści za­kryty biel­mem.

– I co? – pyta jak głupi bra­ci­szek, jak dziecko, cho­ciaż idzie mu już na szes­na­sty rok, to i ro­zumu po­wi­nien kapkę mieć.

– Wiesz, Pie­truś, dla­czego w zi­mie noce dłu­gie? – za­py­tał dzia­dek.

– Nie – od­po­wiada.