Dziadek odwrócił głowę w stronę kominka, jakby musiał coś z płomieni wyczytać, jakąś prawdę. Może i tak jest, że długie życie zapisuje swoje mądrości w czymś ulotnym, jak choćby w ogniu, i tylko starzy potrafią z nich czytać, kto wie. Młodzi nie tracą czasu na ślepienie w ogień, wiecznie za czymś biegają, dokądś się śpieszą, nie ma u nich chwili na mądrość.
– To nie on, ino ona – powiedział po chwili dziadek cichym głosem.
– Ona? – zapytały jednym głosem dziewczynki.
– Mówią na nią „Mara” – oznajmił dziadunio. – Ale dawniej zwali Śmiercicha.
– Co robi? – zapytał Pietruś.
– Przychodzi z pierwszym mrozem, żeby jej stopy z kości ostrych niczym noże nie zapadały się w miękkiej ziemi. I żniwuje. Aż do pierwszego ciepła, a nie ma tak, że patrzy, kogo zabrać, chociaż starą krew najbardziej lubi, stąd się mawia: „cieszy się starzec, że przeżył marzec”. Jednak nie pogardzi młodą dziewczyną, rosłym gospodarzem czy podrostkiem.
– A dzieci? – zapytała Esterka.
– Na dziatki małe też ma smaka – powiedział dziadunio, na co małe bąki skuliły się w sobie.
– Skąd dziadek to wszystko wie? – zapytałem.