Osada
Michał Śmielak — Literatura

Dzia­dek od­wró­cił głowę w stronę ko­minka, jakby mu­siał coś z pło­mieni wy­czy­tać, ja­kąś prawdę. Może i tak jest, że dłu­gie ży­cie za­pi­suje swoje mą­dro­ści w czymś ulot­nym, jak choćby w ogniu, i tylko sta­rzy po­tra­fią z nich czy­tać, kto wie. Mło­dzi nie tracą czasu na śle­pie­nie w ogień, wiecz­nie za czymś bie­gają, do­kądś się śpie­szą, nie ma u nich chwili na mą­drość.

– To nie on, ino ona – po­wie­dział po chwili dzia­dek ci­chym gło­sem.

– Ona? – za­py­tały jed­nym gło­sem dziew­czynki.

– Mó­wią na nią „Mara” – oznaj­mił dzia­du­nio. – Ale daw­niej zwali Śmier­ci­cha.

– Co robi? – za­py­tał Pie­truś.

– Przy­cho­dzi z pierw­szym mro­zem, żeby jej stopy z ko­ści ostrych ni­czym noże nie za­pa­dały się w mięk­kiej ziemi. I żni­wuje. Aż do pierw­szego cie­pła, a nie ma tak, że pa­trzy, kogo za­brać, cho­ciaż starą krew naj­bar­dziej lubi, stąd się ma­wia: „cie­szy się sta­rzec, że prze­żył ma­rzec”. Jed­nak nie po­gar­dzi młodą dziew­czyną, ro­słym go­spo­da­rzem czy pod­rost­kiem.

– A dzieci? – za­py­tała Es­terka.

– Na dziatki małe też ma smaka – po­wie­dział dzia­du­nio, na co małe bąki sku­liły się w so­bie.

– Skąd dzia­dek to wszystko wie? – za­py­ta­łem.