Byłem jednym z pierwszych jego klientów. Mieszkałem wtedy niedaleko. I gdy wyszedłem pewnego dnia na spacer z psem, a ujrzałem szyld: Remigiusz Adamczak, wędliny własnego wyrobu, wstąpiłem. Odtąd, a było to kilkanaście lat temu, nawet gdy się wyprowadziłem z tamtego mieszkania, przyjeżdżałem po wędliny do niego, tak że mógłbym powiedzieć, zaprzyjaźniliśmy się. Po co więc miałbym zapisywać jego imię, nazwisko, adres, skoro wiedziałem, gdzie jego sklep.
Albo Ablewski Wojciech, któż on? Czyżby to ten jeszcze z liceum? Coś mi się zaczęło przypominać. Chyba siedział w ostatniej ławce, w środkowym rzędzie, często kryjąc się za plecami siedzących przed nim. A ponieważ siedzieliśmy po czterech w jednej ławce, wystarczyło, że przykulił głowę, gdy chciał być nieobecny. Raz matematyk, przygłuchy trochę, wodząc palcem, jak miał w zwyczaju, po nazwiskach, w dzienniku, wywołał go do tablicy, a ten krzyknął na całą klasę: nieobecny! Matematyk wywołał więc kogo innego, a on już do końca lekcji nie uniósł głowy znad ławki. Świetnie malował, innych przedmiotów nie znosił.