Nigdy jednak zawiadomienie o jakimś koleżeńskim zjeździe nie dotarło do mnie. Może dlatego że często zmieniałem mieszkania. Nie, nie ze względu na zmieniające się obowiązki czy zajęcia. Czasem kilka miesięcy, a czasem rok, dwa najdłużej, a każde mieszkanie zamiast się ze mną oswajać, zaczynało mnie uwierać jak ciasny kołnierzyk u koszuli, gdy się przybiera na wadze. Tak że bałem się potem zajrzeć do takiego mieszkania, wysyłałem więc kogoś co jakiś czas, aby sprawdził, czy nie ma dla mnie korespondencji, chociaż prócz matki, dopóki żyła, czy Marii któż by do mnie mógł pisać na prywatne adresy?
Zresztą i tak bym nie pojechał, gdyby jakimś cudem dotarło. Nie wyobrażałem sobie, że mógłbym komuś z tak dawnych lat spojrzeć w oczy, wziąć go w ramiona, powiedzieć, że tak bardzo się cieszę, nic lub niewiele się zmienił, poznałbym go nawet w tłumie. Bo to jakbym wziął samego siebie w ramiona, samym sobą się ucieszył, samemu sobie spojrzał szczerze w oczy i powiedział, że poznałbym się nawet w tłumie. Gdy z takim trudem rozpoznaje się człowiek w sobie.