Powie ktoś, przesadzam. Być może. Czynię to jednak nie bez powodu. Aczkolwiek przyznaję, są i tacy, co wręcz kochają robić porządki i robiliby je jak najczęściej. U niektórych potrzeba robienia porządków przekracza często granice zdrowego rozsądku. Podejrzewam, że rekompensują jakieś niespełnienia lub też doraźne braki satysfakcji. Nie można jednak wykluczyć, że pozbywając się z taką łatwością nieprzydatnych rzeczy, nabierają poczucia przewagi nad otoczeniem, a być może i nad własnym życiem, któremu w inny sposób nie są w stanie sprostać.
Znam oczywiście i takich, którzy, mówiąc najoględniej, nie przepadają za porządkami i robią je niezwykle rzadko, jedynie w sytuacjach konieczności, a najczęściej nie robią wcale. Taka postawa ma również godne wyrozumienia przyczyny. Wynika ze szczególnie osobistego stosunku do rzeczy. Zżywając się z rzeczami, poddają im się, aż w końcu rzeczy narzucają im swoją osobowość, zwalniając ich z samych siebie. Rzeczy ustanawiają ich świat, tak że nie odczuwają oni potrzeby uczestniczenia jeszcze w innym świecie. Niekiedy takiemu związkowi z rzeczami zawdzięczają w ogóle poczucie istnienia.