Albo weźmy przyjaciół. Tych co prawda ma się najmniej. Do tego w miarę upływu czasu wykruszają się, a nowi coraz rzadziej, z coraz większym trudem przybywają, jako że przyjaźń jest owocem wymagającym długiego dojrzewania, ta najtrwalsza rodzi się przeważnie w młodości, kiedy to jeszcze z radosną ufnością otwieramy się na ludzi, bo później narasta w nas nieufność, która prowadzi do wniosku, że prawdziwa przyjaźń powinna przechodzić próbę wieczności.
A znajomych? Tych zwykłych znajomych, których, wiadomo, ma się najwięcej. To od nich puchną nasze notesy, to oni powodują, że trzeba je potem opasywać gumą. Oczywiście, że w słowie znajomy mieści się nieskończona skala różnych znajomości, od takich, co zbliżają się ku przyjaźni, po dalszych i coraz dalszych, i całkiem dalekich, z którymi gdzieś tam kiedyś zetknęliśmy się w podróży, na urlopie w górach, nad morzem, w kraju, za granicą, gdziekolwiek, i mając nadzieję na trwałą znajomość, a może i na przyjaźń, jako że tli się w nas do samego końca ów płomyk tęsknoty za przyjaźnią, zapisaliśmy ich, a oni nas. Niestety, ta pełna nadziei znajomość nim zapuściła korzenie, uschła.