Zdarzyło wam się kiedyś zapomnieć o surowym jajku, które rozkładało się potem w jakiejś torbie wepchniętej w głąb szafy? Leżało tak i gniło, niekiedy wydzielało z siebie ciężki odór, czasami – lekki smrodek.
Syf nie pozwalał się łatwo znaleźć. I długo nie znikał. Nawet po odkryciu go, po wyrzuceniu i zdezynfekowaniu czuliście tę woń po nocach, prawda? Historia, którą tu opiszę, pokazuje, jak trujący może być odór, który się ciągnie za człowiekiem – ta skisła woń nie wiadomo skąd.
Wszystko zdarzyło się pięć lat temu około Wielkanocy. Kwiecień dwa tysiące dziewiętnastego roku był wyjątkowo kapryśny – niekiedy sypało śniegiem, niekiedy paliło słońce, a o poranku przymrozek denerwował kierowców skrobiących szyby.
W naszym uniwersyteckim mieście mieszkańcy oddawali się szaleństwu zakupów. Z zapałem poszukiwaczy tajemnic przeglądali ulotki wielkich sieci handlowych i szukali promocji białej kiełbasy i sześciopaków coli. Supermarkety pękały w szwach. Wesoła muzyczka drażniła kasjerów, którym wciąż brakowało drobnych do wydawania. Na zewnątrz, w parkingowej ciasnocie, trzeszczały blachy aut, gdy ocierały się zgrzytliwie o siebie i wymieniały kolorami lakierów.