Ci ludzie ciężko pracowali na chleb z wielkimi pudłami na plecach. Na ogół ciemnoskórzy lub rosyjskojęzyczni ostro pedałowali i rozwozili po mieście kiepskie żarcie. Wiedzieli, co ich zaraz spotka – wymówki i reklamacje, na ogół w marnej angielszczyźnie. Kurierzy nie rozumieli tych narzekań i uśmiechali się bezradnie, słysząc utyskiwania zgłodniałych po marihuanie studentów, którzy gnieździli się w klitkach peerelowskich mieszkań pomysłowo poprzedzielanych ściankami z gipsu. „Ryż, kurwa, rozmiękły, ciasto w pizzy kleiste!” Sytuacja robiła się groźna, gdy brodaci, nabuzowani amfetaminą faceci machali im rękami przed nosem i wrzeszczeli: „Ty, ciapaty, polskiego było się uczyć!”.
Tych uzależnionych od nawigacji cyklistów bronili miejscy aktywiści – chłopcy w dredach i dziewczyny w tatuażach sięgających żuchwy – którzy mazali po ścianach hasła: „Kochaj różnorodność”, „Niszcz kapitalizm”. Potem siadali w swoich skłotach i zaśmiewali się z nagranych filmików, na których policjanci obrywali od owych obrońców workami foliowymi z wodą po znienawidzonych mordach.