Tak, nasze miasto jest podobne do innych – spod europejskiego neonowego lukru wszędzie wybija szambo. Bulgoce ono nie tylko w skłotach, studenckich klitkach, na stadionach czy w emeryckich zagraconych kwaterach, gdzie od rana buzują telewizyjne emocje. Nie o takim złu będę pisać, ono jest przewidywalne. Łatwo można je rozbroić. Chcę pisać o prawdziwej zgniliźnie. Ona szerzy się w czasie dyskretnych spotkań w tajnych mieszkaniach, przy najdroższym winie. W bezpiecznych miejscach, gdzie wykrywacze elektroniki wykluczają podsłuch, a telefony pozostają za drzwiami. W koszykach pod czujnym okiem ochroniarzy.
A może przesadzam? Kogo obchodzą cwani biznesmeni? Może raczej pisać o dobrych gościnnych ludziach, o ich kochanych dzieciach i o psiakach o mądrych oczach? Nie. Niech inni piszą nieważne teksty o kwiatach w podmiejskich ogrodach. Nie. Mnie interesuje gnicie tego miasta, dla mnie najciekawsza jest gangrena.