W momencie, gdy drzwi ponownie się otwierają, a do środka wchodzi kilku kolejnych rozgadanych mężczyzn, już nawet nie próbuję ukryć swojego wzburzenia. Szukam wzrokiem gościa, który najbardziej odpowiada mojemu wyobrażeniu alfonsa, a kiedy dostrzegam jednego po pięćdziesiątce, w idealnie skrojonym czarnym garniturze i bordowej koszuli, zdecydowanym krokiem przemierzam odległość między nami. Całe towarzystwo gapi się na mnie oniemiałe, ale mam to gdzieś. Podchodzę do faceta i staję z nim twarzą w twarz.
Powolnym ruchem gałek ocznych taksuje mnie bezwstydnie z góry na dół, po czym na jego usta wstępuje zuchwały uśmiech.
– Ty jesteś ten cały Bruno, czy jak ci tam? – wypalam bezceremonialnie.
Facet patrzy na mnie rozbawiony, po czym zerka na swoich kompanów. Gdy widzę, że zamierza otworzyć usta, dodaję: