– Mam w dupie, jakie długi ma u ciebie mój ojciec, ale w życiu nie pozwolę ci tknąć mojej siostry. Jesteście obrzydliwi, ona ma dopiero osiemnaście lat! Co z was za ludzie?! Chcecie, żeby nastolatka pracowała w takim miejscu i odpowiadała za czyny swojego ojca? Jeżeli tak, nie macie na co liczyć, nie zgadzam się. Nie wiem, czym wam podpadł ojciec i mnie to nie obchodzi, ale jej nie dostaniecie! Rozumiesz?! – Już mam szukać w głowie dalszych argumentów, jakimi go zarzucę, ale on gestem dłoni mi przerywa, więc na chwilę milknę.
– Słońce, ja nie jestem Bruno. – Zaczyna się bezczelnie uśmiechać, na co dopiero teraz, lekko oszołomiona jego słowami, odwracam się w stronę reszty mężczyzn.
W pomieszczeniu dostrzegam ich siedmiu, jednak kiedy w końcu mój wzrok spoczywa na tym, który siedzi w fotelu za biurkiem i obserwuje mnie w zamyśleniu, dosłownie zamieram.
Dobry Boże…
W jednej chwili moje serce zaczyna bić o wiele mocniej, oddech z niewytłumaczalnych powodów więźnie mi w gardle, a nogi najzwyczajniej miękną, jakby mimo tej odległości między nami zadziałała jakaś nieznana siła, pochłaniająca mnie do reszty i nakłaniająca do przekroczenia narzuconej samej sobie kilka lat temu granicy.