Bruno cały czas wpatruje się we mnie, a ja, by ugasić swoje szalejące z przerażenia, a może jednak też trochę podniecenia serce, upijam kolejny łyk martini.
– Sto tysięcy.
Aż się krztuszę. Kaszlę, żeby złapać choć odrobinę powietrza. Bruno natychmiast poklepuje mnie dłonią w plecy, a gdy w końcu łapię oddech, przytrzymuję się jego twardego ramienia i niepewnie zerkam mu w oczy.
– Ty chyba sobie żartujesz…
– Przykro mi – ucina.