Nie czekam, tylko szybko przemierzam odległość do drzwi i wychodzę. Czuję, że Bruno jest zaraz za mną, ale mnie nie dogania. Na końcu holu odwracam się w jego kierunku, a jego oczy powolnym ruchem ślizgają się od moich nóg, przez talię, do twarzy.
– Na którą mam się jutro stawić? Pracuję do osiemnastej, więc weź pod uwagę, że tak jak dzisiaj nie wchodzi w grę – mówię nieco opryskliwie, ale nic na to nie mogę poradzić. Jeżeli to wszystko na co dzień ma tak wyglądać, jak przy tych natarczywych jaskiniowcach, to chyba przed każdym wieczorem pracy w tym miejscu będę musiała zaopatrzyć się w małpeczkę z wysokoprocentowym trunkiem, by ich nie roznieść.
Bruno przystaje bezpośrednio przede mną i poraża mnie wzrokiem.
– Siódma. Odwieźć cię? – pyta nieoczekiwanie, przez co patrzę na niego lekko oszołomiona.
– Nie, dziękuje. Mam sporo do przetrawienia, więc spacer z pewnością mi się przyda – oznajmiam wymownie.