– Amy, co ty tutaj robisz i co masz na myśli, mówiąc, że tata ma problemy? – odzywam się w końcu. Siostra dopiero teraz przenosi na mnie wzrok, a w jej oczach dostrzegam łzy. Nerwowo przełykam ślinę. Co się, do cholery, dzieje?
– Wychodzisz gdzieś? – Amy zmienia temat, lustrując mnie z góry na dół.
Marszczę brwi, by jej pokazać, że to nie jest czas na tego typu pytania, i w tej chwili ma wyjaśnić, co tutaj robi.
– Może lepiej będzie, jak usiądziesz. – Amy zerka na mnie niepewnie, po czym ciągnie w stronę kanapy w salonie.
Gdy tylko zasiadamy, bez słowa wyjmuje z torebki niewielką karteczkę i mi ją podaje. Skonfundowana wpatruję się w zapisany na niej adres.
– Co to? – pytam.
– Dzisiaj o piątej mam się zgłosić pod ten adres i powołać na niejakiego Brunona.
– Po co? – zadaję te proste zapytania, choć z każdą sekundą jestem coraz bardziej poirytowana i spięta. Co rusz zerkam to na moją małą siostrzyczkę, to na kartkę. Adres nic mi nie mówi, jedynie wnioskuję, że to zachodnia część miasta.
Amy ciężko wzdycha i kieruje wzrok ku szklaneczce stojącej na niewielkim stoliku.