Może dla innych to nic wielkiego, ale ja poczułam się jak dwumetrowa Joanna d’Arc. Opuszczając kawiarnię, miałam wrażenie, że wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie. Schodziłam z ringu niczym zwycięski bokser, pośród fanfar i wiwatujących tłumów. Sięgnęłam po swoje poncho i zarzuciłam je sobie na ramiona tak zamaszyście, że z pobliskiego regału zwiało Bogu ducha winne ulotki. Kiedy kartki powoli opadały na posadzkę, wyszłam z podniesioną głową z kawiarni i nawet się trochę zdziwiłam, że przed drzwiami nie czeka na mnie wierny rumak, by ponieść mnie ku kolejnej mrożącej krew w żyłach przygodzie.
– Hę? Zdaje się, że Joanna d’Arc nie była bokserem – przerwał mi ze zdziwieniem L., gdy wieczorem relacjonowałam swoje zwycięstwo. Mężczyźni nie umieją słuchać, prawda? Czasem odnoszę wrażenie, że słyszą dwa, trzy najważniejsze słowa i resztę sobie dopowiadają. I jeśli te dwa, trzy słowa nie składają się w logiczną całość, pojawia się problem...
Bo przecież nie chodziło mi wcale o bohaterkę narodową Francuzów ani o boks. Ani nawet o Kathrin i jej pieprzony basen ze słoną wodą. Chodziło o to, że zwykłe „Pieprz się!” potrafi wprawić w taką euforię.