Nie trzeba było mu tego powtarzać. Obrócił się na pięcie i pobiegł na dwór, posyłając jeszcze staruszce uśmiech na pożegnanie. Kiedy znikł za progiem, włożyła grubą kurtkę i wełnianą czapkę – prawdziwą, a nie jedną z tych, które sprzedawano na kontynencie. Tutaj wełna miała znacznie więcej lanoliny, dzięki czemu stawała się nieprzemakalna. Ludzie z zewnątrz w to nie wierzyli – przynajmniej dopóty, dopóki nie przekonali się o tym na własnej skórze.
Kobieta wyszła z domu i powoli ruszyła w stronę falochronu. Tuż za nim znajdował się kawałek wybrzeża, przy którym wyjątkowo nie było żadnych szkierów. Mieszkańcy ustawiali się tam, czekając, aż rybacy zagonią grindwale w śmiertelną pułapkę.
Staruszka się nie spieszyła. Wiedziała, że musi minąć trochę czasu, nim ofiary znajdą się w potrzasku. Właściwie nie interesowało jej zbytnio, co będzie się działo za falochronem. Widziała grindadráp już tyle razy, że spokojnie mogłaby sobie odpuścić. Przypuszczała jednak, że to ostatni połów, który dane jej będzie zobaczyć. Czuła, że zbliża się do kresu swojej drogi, słabła z dnia na dzień i trudno było się spodziewać, że nagle nastąpi poprawa. Starości się nie leczy.