– Wróćmy do tego jeszcze raz – mówi policjant ze swoim nowojorskim akcentem. Przedstawiał się wcześniej, ale wyleciało mi z głowy. Policjanci powinni nosić jaskrawe tabliczki z nazwiskiem. Jak inaczej człowiek ma zapamiętać ich nazwiska w tak stresującej sytuacji? Wydaje mi się, że jest detektywem. – Kiedy znalazła pani ciało?
Milczę, zastanawiając się, czy to dobra pora, by zażądać adwokata. Czy oni nie powinni mi tego zaproponować? Nie znam się na protokołach. Po chwili odpowiadam:
– Jakąś godzinę temu.
– Przede wszystkim: po co tam pani poszła?
Zaciskam usta.
– Już mówiłam. Usłyszałam jakiś hałas.
– I…?
Policjant nachyla się do przodu, jego oczy są szeroko otwarte. Ma szorstki zarost na podbródku, jakby się rano nie ogolił. Spomiędzy jego ust wystaje czubek języka. Nie jestem głupia – doskonale wiem, co chce ode mnie usłyszeć.
Zrobiłam to. Jestem winna. Zabierzcie mnie.
Zamiast tego odchylam się na oparcie sofy.
– To wszystko. Nic więcej nie wiem.