Muzyka powoli cichła, kolorowe światła traciły na intensywności, pochłaniała go czerń nocy rozpraszana tylko delikatną poświatą lamp zamontowanych przy alejkach. Żwir chrzęścił pod butami, dobiegały go odgłosy ptactwa, zaraz powinien usłyszeć szum płynącej przez posiadłość niewielkiej rzeczki. Musiał sobie wszystko przemyśleć. Może to był dobry moment, aby sobie odpuścić? Zamiast uderzyć w spiskowców, lepiej wrócić na przyjęcie i poinformować zebranych, że oto nastał koniec pewnej epoki, przechodzi na emeryturę, a całe swoje imperium przekazuje w ręce... Właśnie, kogo? Krzysztofa, najstarszego syna, który miał go gdzieś? Karola, który się do niego nie odzywał? Basi, która studiowała we Wrocławiu medycynę i marzyła, aby zostać lekarzem w jakimś zarobaczonym afrykańskim szpitalu? Jeśli nawet to zrobi, to mu odpuszczą?
Zbliżał się do rzeczki i zauważył, że na drewnianym mostku zbudowanym na wzór tego z obrazu Claude’a Moneta ktoś stoi oparty o balustradę i pali papierosa. Podszedł bliżej, specjalnie głośno chrzęszcząc żwirem. To była jego córka, która chyba też go rozpoznała, bo szybko wrzuciła papierosa do wody.
– Smyczku? – zapytał, choć przecież doskonale widział, że to ona.