– Tak, ojcze? – odpowiedziała zgodnie z ich intymną tradycją.
– Źle się bawisz? – rzucił szybko, żeby od razu ją uświadomić, że nie zamierza czynić wyrzutów o palenie. Była dorosła, miała dwadzieścia jeden lat i większą część roku spędzała poza domem.
– Przepraszam, wiem, że to twoje święto, ale już mi głowa pęka od tego jazgotu.
– Ja też mam dość. Najchętniej to bym rozgonił to całe towarzystwo.
– Możemy to zrobić, co? – zaproponowała. – Ja zacznę tam biec z rozerwaną bluzką i rozpuszczonymi włosami, krzycząc wniebogłosy, żeby mnie ratowano, a ty zaraz za mną z jakąś siekierą, drąc się „Stój, wywłoko!”.
– Po pierwsze, Smyczku, nikt w to nie uwierzy, wszyscy wiedzą, jak bardzo cię kocham. Po drugie, tam zbyt dużo osób ma broń, zaraz by nam się zaczęła strzelanina jak w kiepskim westernie. Ale plan niezły, pochwalam!
– Niezły, bo wspólny! – Wyciągnęła w jego kierunku rękę, przybili piątkę.
– Jesteś szczęśliwa, Smyczku? – rzucił, nie patrząc jej w oczy.
– Właśnie chciałam o tym z tobą porozmawiać.
– Coś się stało? – zapytał ze zdenerwowaniem w głosie.
– Nie, nic z tych rzeczy. To znaczy w sumie tak. Znaczy, tatuś, czy to, o co pytasz, moje szczęście, jest dla ciebie ważne?
– Najważniejsze.