– Ale tak szczerze? – dopytywała.
– Tak, nawet jak coś nabroiłaś, to wiesz, że możesz mi o tym powiedzieć.
– I jeśli powiem coś, co jest dla mnie ważne i mnie uszczęśliwia, ale tak bezgranicznie, ale może nie do końca się wszystkim podobać, to zrozumiesz?
– Zrozumiem.
Zapadła na chwilę cisza. Stadnicki czuł, że córka zbiera się na odwagę, by powiedzieć mu o czymś ważnym. Była w ciąży? Nie, nie paliłaby, była rozsądną dziewczyną. Chciała rzucić studia i ruszyć w świat z jakimś artystą? No cóż, będzie musiał przydzielić im dyskretnego ochroniarza.
Z daleka dał się słyszeć równy łoskot przebijający się nad skocznymi rytmami muzyki. Startował helikopter Potkańskiego.
– Wujek już odlatuje? – Dziewczyna się zdziwiła. – Miał zostać do rana.
– Pies mu mordę lizał – odburknął Stadnicki, patrząc w stronę cichnącego już odgłosu odlatującej maszyny. – Powiedz mi lepiej, co szczególnego wydarzyło się w twoim życiu, że obawiasz się swego staruszka.
Basia głęboko westchnęła, odwróciła się w jego stronę i złapała go za dłonie.