– Właśnie. Skoro możesz zdecydować, kto w tym kraju będzie premierem, to znaczy, że coś jest nie tak. Za mocny jesteś. Sam powiedziałeś, że zbudowałeś swoją pozycję na majątku, masz w kieszeni połowę kraju, jesteś jak ten meksykański baron narkotykowy, Pablo Escobar. I to się ludziom nie podoba. Wiedzą, że masz na nich teczki z bezpieki, chcą to po prostu ukrócić, zaorać.
Stadnicki już wiedział, że Drozdowski postanowił wszystko powiedzieć. Znał przyjaciela, musiało mu to strasznie ciążyć na duszy, pewnie nie mógł spać, a teraz zdawał sobie sprawę, że tylko szczerość daje mu jakieś nikłe nadzieje na ratunek.
– Ale Franek nie chciał być w tym sam – kontynuował wiceminister. – Nie chce, żeby mieli na niego haka. Wciąga sporo ludzi, większość tych zależnych od ciebie właśnie – mówił szybko wiceminister, plując drobinkami wody. Zaczynał szczękać zębami, z zimna lub ze strachu.
– I ciebie też wciągnął – rzucił ze smutkiem Stadnicki.
– I mnie też – odpowiedział nie mniej smętnie Drozdowski.
– I ciebie...
– Powiedział, że ze mną czy beze mnie, i tak się tobą zajmą. Jak pomogę, idę w górę, jak nie, to mogę się pakować.