Biorę głęboki wdech i przytrzymując się oburącz drabiny, stawiam stopę na najniższym szczeblu. Potem się odpycham. Cały drżę z wysiłku, ale w końcu mi się udaje. Teraz stoję już obiema nogami na drabinie. Sięgam w górę i zaciskam dłoń na kolejnym szczeblu. Nieźle, robię postępy. Muszę się wytężać, jakby moje ciało było z ołowiu. Próbuję się podciągnąć, ale mam za mało siły w ręce. Puszczam drabinę i lecę do tyłu. Będzie bolało.
Ale nie boli. Mechaniczne ręce chwytają mnie, zanim uderzam o podłogę, bo znów jestem w ich zasięgu. Mają idealny refleks. Odnoszą mnie do łóżka niczym matka, która układa dziecko do snu.
I wiecie co? Chyba mi to odpowiada. Teraz jestem już naprawdę zmęczony i pozycja leżąca całkiem mi służy. Delikatne kołysanie łóżka działa na mnie kojąco. Coś nie daje mi spokoju, kiedy wracam myślami do mojego upadku z drabiny. Odtwarzam tę chwilę w pamięci. Nie umiem powiedzieć, o co chodzi, ale coś mi w tym wszystkim nie pasuje.
Hmmm…
Odpływam w sen.
– Jedz.
Na mojej piersi leży tubka pasty do zębów.
– Co?
– Jedz – powtarza komputer.
Sięgam po tubkę. Jest biała i widnieje na niej czarny napis: Dzień 1 – Posiłek 1.
– Co to jest, do licha? – pytam.
– Jedz.