Docieram do drabiny i chwytam ją mocno. Nie muszę się niczego trzymać, ale tak jest dużo łatwiej. Właz nad moją głową wygląda całkiem solidnie. Domyślam się, że jest hermetyczny. I wedle wszelkiego prawdopodobieństwa zaryglowany. Ale muszę chociaż spróbować.
Wspinam się na pierwszy szczebel. Z trudem, ale daję radę. I kolejny. Dobra. Już łapię, o co chodzi. Powoli i miarowo.
Dochodzę do włazu. Jedną ręką przytrzymuję się drabiny, a drugą napieram na koło pośrodku klapy. Ustępuje i zaczyna się kręcić!
– Rany Julek! – mówię.
„Rany Julek”? Czy właśnie tak wyrażam zaskoczenie? W zasadzie może być, ale spodziewałbym się czegoś mniej archaicznego.
Wykonuję kołem trzy pełne obroty i słyszę ciche szczęknięcie. Klapa odchyla się w dół. Odsuwam się na bok, a wtedy całkiem opada podtrzymywana przez masywny zawias. Jestem wolny!
W pewnym sensie.
Po drugiej stronie panuje kompletna ciemność. Wygląda niezbyt przyjemnie, ale zawsze to jakiś postęp. Podciągam się i przechodzę przez właz, a gdy już jestem w środku, od razu zapala się światło. Myślę, że to sprawka komputera.