Projekt Hail Mary
Andy Weir — Science fiction

Tym razem nie ma w pobliżu mechanicznych rąk, które uchroniłyby mnie przed zderzeniem z podłogą. Twarde lądowanie na plecach na chwilę pozbawia mnie tchu. I jakby tego było mało, organizer się przewraca i z otwartych szufladek wysypują się różne drobiazgi, które spadają na moją głowę. Patyczki do wymazów nie wyrządzają mi szkody, uderzenia próbówek – które jakimś cudem się nie tłuką – są tylko trochę nieprzyjemne, za to taśma miernicza grzmoci mnie prosto w czoło. W ślad za nimi lecą jeszcze inne przedmioty, ale jestem zbyt zajęty obmacywaniem rosnącego obrzęku, żeby zwracać na nie uwagę. Ile waży taka taśma, żeby spadając z wysokości trzech stóp, nabiła mi guza?

– Trudno – mówię do siebie. – Nie wyszło.

Mój upadek z drabiny był po prostu komiczny niczym scena z filmu Chaplina.

Rzeczywiście… właśnie tak to wyglądało. Nawet trochę zbyt komediowo. Znowu pojawia się to dziwne wrażenie, że coś mi w tym wszystkim nie pasuje.

Biorę leżącą obok probówkę i podrzucam, a potem obserwuję, jak zatacza łuk w powietrzu i spada na podłogę. Niby nic nadzwyczajnego, jednak ogarnia mnie dziwne napięcie. Jest coś osobliwego w procesie spadania, co nie daje mi spokoju. Muszę wyjaśnić, o co chodzi.