Psiakrew. Przywołuję na pomoc całą siłę woli i wewnętrzną moc. Do tego powoli zaczyna ogarniać mnie panika. No i dobrze. Panika też się przyda.
– Czszteeery – wyrzucam z siebie w końcu.
– Odpowiedź prawidłowa.
Dzięki Bogu. A więc mogę mówić. Przynajmniej w pewnym sensie.
Wzdycham z ulgą. Zaraz – to znaczy, że mogę kontrolować oddech. Jeszcze raz wciągam powietrze. Świadomie. Mam obolałe usta. Gardło też mnie boli. Ale to jest mój ból. Panuję nad sobą.
Dopiero teraz zauważam maskę tlenową. Przylega ściśle do mojej twarzy, sterczy z niej karbowana rura, która znika gdzieś z tyłu.
A może spróbuję wstać?
Nie dam rady. Ale mogę nieznacznie poruszyć głową. Wyginam kark i patrzę na swoje ciało. Jest nagie i odchodzi od niego tyle cienkich rurek, że nie sposób ich policzyć. Po jednej z każdej ręki i każdej nogi, jedna z „interesu”, a dwie znikają pod udem. Podejrzewam, że któraś z nich tkwi tam, gdzie słońce nie dochodzi.
To nie wróży nic dobrego.
Poza tym cały jestem w elektrodach. Wyglądają jak te przyklejane czujniki do badań EKG, ale mam je wszędzie. No cóż, dobrze chociaż, że na skórze, a nie też gdzieś w środku.