Unoszę ręce jeszcze kilka razy. Przebieram palcami u stóp. Najwyraźniej dochodzę do siebie.
Podkurczam i prostuję stopy. Są sprawne. Potem unoszę nogi zgięte w kolanach. Też wydają się normalne. Nie są napakowane jak u kulturysty, ale wyglądają zbyt zdrowo jak na kończyny pacjenta w stanie krytycznym. Chociaż nie do końca wiem, jak powinny wyglądać.
Kładę dłonie na łóżku i próbuję się odepchnąć. Mój tułów powoli wędruje do góry. Naprawdę się dźwigam! Muszę wytężyć wszystkie siły, ale nie daję za wygraną. Łóżko kołysze się delikatnie z każdym moim ruchem. To nie jest normalne łóżko, teraz mam już pewność. Unoszę głowę i widzę, że oba końce elipsy są przytwierdzone do wystających ze ściany solidnych wysięgników. Cała konstrukcja przypomina sztywny hamak. Dziwne.
Chwilę później siedzę. Na rurce, która tkwi w moim tyłku. Nie jest mi zbyt wygodnie, ale czy rurka wetknięta w tyłek ma coś wspólnego z wygodą?