– Chętnie pokażę – odparł Filip Černý i zamiast pokoju wytaszczył gigantyczne płótno z fragmentem nagiego kobiecego ciała w pozycji ginekologicznej. Z białej pościeli w niebieskie paski patrzy na nas owłosione łono. Na stoliku obok paruje kawa. Tyle że nie widzimy głowy kobiety, niknie gdzieś w odmętach pościeli albo nie ma jej w ogóle. Pomyślałem, że to chyba obraz niedokończony. Jakby malarz w połowie tułowia nagle stracił zainteresowanie damą, którą miał stworzyć. A jak już je stracił, to zaczął rozlewać po tym obrazie krwistoczerwoną farbę, a może i rzucał nią w płótno.
– Zatytułowałem ten obraz Morderstwo – wyjaśnił. – Może ten pan kupi?
– Wolałbym jednak pokój – powiedziałem.
– A nie sądzi pan, że wszystko jest morderstwem? – spytał. – Przecież każda relacja jest początkiem morderstwa. Morderstwo jest wpisane w początek wszystkiego, co piękne.
– Być może – stwierdziłem. – Rzeczywiście wiele związków od pierwszego dnia jest tylko rejestracją wzajemnych krzywd i urazów. Poza tym jesień za chwilę zamorduje lato, żółć zamorduje pełną życia zieleń… – zacząłem fantazjować.
– Bo te morderstwa mogą mieć bardzo różne formy… – dodał.