– Średnia długość życia wynosiła tutaj miesiąc – mówi w końcu mężczyzna. – Było to na rękę budowniczym, bo w ten sposób wszystkie informacje na temat Riese systematycznie szły wraz z więźniami do grobów. Szacuje się, że pracowało tu kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Ci, których nie zabiły mordercze warunki pracy i detonacje ładunków wybuchowych w wąskich tulejach, byli rozstrzeliwani. Niemcy zadbali, by tajemnica Riese nigdy nie wyszła na jaw.
Przewodnik daje nam czas na zrobienie zdjęć i mówi o dwupoziomowych chodnikach, którymi doprowadzano tutaj prąd i wodę. Słucham go piąte przez dziesiąte, zastanawiając się nad samą nazwą kompleksu.
Riese. Olbrzym.
Z pewnością nie wybrano jej przypadkowo. Cokolwiek tu tworzono, musiało być gigantycznym przedsięwzięciem.
Patrzę na mężczyznę, który rozwodzi się na temat stanu zaawansowania instalacji elektrycznej, i zastanawiam się, ile odpowiedzi tak naprawdę ma. Ile wiedzy czerpie z konkretów, a ile z domysłów?
Czekam, aż znów poruszy temat przeznaczenia tego miejsca. To interesuje mnie najbardziej. Szczęśliwie przewodnik długo nie zwleka, a ja szybko korzystam z okazji.
– A według pana? – pytam. – Czym było Riese?