– To w sumie pewien wariant tej ostatniej koncepcji. Niektórzy sądzą, że chodziło o gigantyczny bunkier, inni natomiast, że o całą metropolię pod powierzchnią. Drosch mówił o miejscu dla dwudziestu tysięcy ludzi, ale pojawiają się przekazy, w których wspomina się o stu, nawet dwustu tysiącach osób – wyjaśnia przewodnik i głęboko wciąga chłodne powietrze. – Jedno jest pewne: Rzesza chyliła się ku upadkowi, przegrywała na każdym froncie i zmierzała do kapitulacji, a w Górach Sowich nadal trwały prace nad Riese. Cokolwiek tutaj robiono, miało to zapewnić Niemcom albo schronienie, albo niespodziewane zwycięstwo.
– Dzięki cudownej broni?
– Zgadza się. Wunderwaffe.
– Wiadomo, czym mogła być?
Starszy facet jest nieustępliwy.
– Nie. Tego nigdy nie ustalono.
– I faktycznie pracowano tutaj do końca wojny?
– Do ostatniej chwili. Berlin upadł, a w tych tunelach wciąż trwały gorączkowe prace. Zupełnie jakby niewiele brakowało, by osiągnąć cel.
Rozglądamy się po wilgotnych stropach, a ja odnoszę wrażenie, że temperatura spadła jeszcze bardziej. Mam na sobie polar i kurtkę, ale ziąb i tak zdaje się przenikać każdy centymetr mojego ciała.