Życia, którego długość stała pod znakiem zapytania. W tamtym roku u Katrine zdiagnozowano raka piersi. Poddała się operacji i długotrwałemu leczeniu, ale prognozy nie były najlepsze. Lekarze dawali jej teraz pięć lat.
Ani ona, ani Hallbjørn nie przyjmowali tego do wiadomości, wychodząc z założenia, że wszelkie wyliczenia są oparte na niemiarodajnych średnich. Ellegaard słyszała kiedyś powiedzenie, że statystyka jest jak latarnia uliczna dla pijaka – przydaje się do podparcia, ale nie do iluminacji – i w zupełności się z nim zgadzała.
Postanowiła być dobrej myśli, choć to może najtrudniejsza decyzja, jaką w życiu podjęła.
– W taką pogodę nawet huldufólk się nie pokazują – rozległ się męski głos.
Katrine obejrzała się przez ramię i zmusiła do uśmiechu.
– Duchy kamieni – dodał mężczyzna, podchodząc bliżej. – Czy też ukryci ludzie, mieszkający...
– U stóp gór – dokończyła. – Tak, znam ten mit.
Stanął obok niej, złapał za reling i zapatrzył się gdzieś w dal.
– To nie żaden mit.
– Oczywiście, że nie.
– Dla nas te istoty są równie realne, jak dla was święci czy błogosławieni.
Ellegaard przez moment wpatrywała się w ponurą toń wód cieśniny Nólsoyarfjørður. Potem obróciła się do rozmówcy.