Prom nadal w szybkim tempie wytracał prędkość. Katrine wychyliła się za burtę i spojrzała na spienione wody cieśniny, które zdawały się walczyć z kadłubem statku.
Nieprzyjemny sygnał stawał się coraz głośniejszy.
– Alarm pożarowy? – rzucił Østerø.
– Możliwe.
– Ale nawet jeśli wybuchłby pożar, jesteśmy przecież rzut beretem od portu.
Ellegaard też była tego zdania, choć właściwie nie miała pojęcia, jak wyglądają procedury awaryjne. Czasem wymykały się zwykłej logice, co pokazała choćby ewakuacja Costy Concordii – nie przeżyły trzydzieści dwie osoby. Tyle że wtedy statek zboczył z kursu i uderzył w kamieniste dno. W tym wypadku ewidentnie było inaczej.
Tor-Ingar rozglądał się nerwowo po pokładzie, jakby gdzieś tutaj mógł znaleźć odpowiedź.
– Jedno jest pewne – odezwała się po chwili Katrine. – Będzie miał pan ciekawy materiał.
– Oby nie nazbyt ciekawy.
– Przed chwilą był pan gotów pisać o kolejnych zaginięciach i kościach.
– Czyichś – podkreślił. – Niekoniecznie swoich.
– Nie ma się czym przejmować – stwierdziła. – Jestem przekonana, że...