Przełamując straszny opór, robiłam tak, jak kazał Matoga. Chwyciliśmy ciało za nogi i ręce i przenieśliśmy na wersalkę. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że jest ciężkie, a wcale nie wydaje się bezwładne, lecz raczej uparcie sztywne, nieprzyjemne jak wykrochmalona pościel wieziona z magla. Zobaczyłam też skarpetki, czy też to, co zamiast nich było na stopach – brudne szmaty, onuce zrobione z podartego na pasy prześcieradła, teraz szarego i poplamionego. Nie wiem, dlaczego widok tych onuc tak mocno uderzył mnie w piersi, w przeponę, w całe moje ciało, że nie mogłam już powstrzymać szlochu. Matoga spojrzał na mnie chłodno, przelotnie i z wyraźną naganą.
– Musimy go ubrać, zanim przyjadą – powiedział Matoga i widziałam, że też drży mu broda na widok tej ludzkiej nędzy (chociaż z jakichś względów nie chce się do tego przyznać).