Forst zmarszczył czoło. Rzadko się zdarzało, żeby ludzie dwa dni z rzędu wybierali te same szlaki, wszak w Tatrach było ich tyle, że jednego życia nie starczyło, by je wszystkie schodzić.
– Facet był tu wczoraj i wrócił dzisiaj? – rzucił Wiktor.
– Wczoraj szedł na Jarząbczy Wierch z Chochołowskiej, dzisiaj wypuścił się z Kościeliskiej na Siwy Zwornik.
Oczywiście. Szczytów, na których byli teraz Forst i Luiza, nie dzieliło znowu tak dużo, ale dojść na nie można było z dwóch zupełnie różnych miejsc, idąc nieprzecinającymi się szlakami.
– Jest pewien, że to ją widział?
– Mówi, że tak.
Wiktor zerknął na zegarek.
– Dobra – rzucił. – Jestem na Starorobociańskim, mogę być u ciebie za piętnaście minut.
– Da pan radę?
– A jak myślisz? – odparł i się rozłączył.
Nie był zaznajomiony z Tatrami Zachodnimi tak jak z Wysokimi, ale o ile pamiętał, między tymi dwoma szczytami nie było żadnych utrudnień. Turystycznym tempem pokonałby tę odległość w niecałe pół godziny. Swoim powinien zdążyć szybciej.
– Aleks – rzucił do psa, który automatycznie podniósł łeb. – Popilnuj pana inspektora, zaraz wracam.
Zwierzę zaszczekało i zamerdało ogonem, a stojący obok Osica bezradnie rozłożył ręce.