Kraków liczył sobie może niewiele ponad trzysta, Wrocław i Łódź z pewnością poniżej. Wiktorowi wydawało się niemożliwe, by nawet przy tak dużej liczbie zaangażowanych osób znaleźć tutaj kogokolwiek.
Nagle urwał rozważania, kiedy zza jego pleców dobiegł znajomy głos. Obrócił się i zobaczył Osicę, który pokonywał ostatnie podejście przed wierzchołkiem, odganiając ręką młodego funkcjonariusza próbującego mu pomóc.
Wypatrzył Forsta, skrzywił się, a potem podszedł do niego i na moment oparł ręce na kolanach, zginając się wpół.
Wiktor posłał mu krótkie spojrzenie, a potem bez słowa wyciągnął paczkę czerwonych westów i zapalił.
– Nie przywitasz się, do cholery? – wysapał Edmund.
Komisarz powoli wypuścił dym.
– Dzień dobry, panie inspektorze – odparł. – Co pan tu robi?
Osica kaszlnął, po czym wyprostował się i uniósł wzrok ku niebiosom, jakby spodziewał się, że zaraz wezwą go do siebie.
– A gdzie mam być? – odburknął.
– Przy pańskim przebiegu to już właściwie w trumnie.
– By cię fras, Forst…
– Po prostu się martwię.
Edmund otaksował go powątpiewająco.
– Ostatnim, czego się po tobie spodziewam, jest martwienie się o mnie.
– Nie o pana. O siebie.
– Co?