Miał rację, Broniewska była wyjątkowo atrakcyjną blondynką o delikatnej, niewinnej, jakby kruchej urodzie. Wiktor bez trudu mógł sobie wyobrazić, dlaczego ludzie na szlaku potrafili ją sobie przypomnieć.
– Potem widziana była w schronisku na Polanie Chochołowskiej – ciągnął. – To tam miała spotkać czterech mężczyzn.
– I?
– Według jednego z turystów grupa poszła czerwonym szlakiem na Trzydniowiański Wierch.
Edmund rozejrzał się i rozłożył ręce.
– To co my tu robimy, do licha jasnego? Przecież mogli zrobić pętlę i zejść z powrotem do doliny.
– Tyle że nikt ich nie widział przy Małym i Wielkim Kopieńcu – odparł Forst. – Ani z powrotem na szlaku papieskim.
– To nie znaczy, że poszli dalej. Ani że dotarli tutaj.
Osica miał stuprocentową rację – nic nie wskazywało na to, by grupa postanowiła kontynuować wspinaczkę aż na Starorobociański Wierch. Turyści, którzy minęli schodzącą Hannę, mogli po prostu jej nie zapamiętać. Albo jeszcze się nie zgłosić.
Jeśli doszło do zbrodni, a tak musiał przyjąć Wiktor, to mężczyźni bez wątpienia udali się w mniej uczęszczane rejony. Z tego miejsca mieli mnóstwo możliwości, szczególnie jeśli zdecydowaliby się przejść na Słowację.