Przez kilka sekund wyglądali jak żywy obraz zamrożony w czasie. Gabriel i Hugh stali z kieliszkami szampana, z głowami zwróconymi tam, gdzie nastąpił wybuch; trwoga w oczach Iris odzwierciedlała strach Esme. Nawet mały Hamish znieruchomiał i Esme, instynktownie go chroniąc, przytuliła go mocniej do piersi. Uspokojony, wrócił do ssania, fikając nóżkami pod kocykiem – jedyny ruch w panującym wokół paraliżu.
– Mam nadzieję, że to nie nasz dom – zażartowała Esme, przełamując zaklęcie, jakie rzuciła na nich eksplozja. – Nie po całej tej ciężkiej pracy.
– Może powinienem… – Hugh urwał w połowie zdania.
Coś przykuło jego uwagę. Iris podążyła za jego spojrzeniem i zobaczyła czarny dym wznoszący się w niebo.
W dali zaczęła wyć syrena, z chwili na chwilę coraz głośniej.
Gabriel odwrócił się do Hugh.
– Może pójdziemy się rozejrzeć?
– Dobry pomysł. To się stało zbyt blisko naszego domu – odparł Hugh cicho. Spojrzał na Esme. – Zaraz wrócimy.
Esme zaczekała, aż wyjdą.