Publiczność lubiła dramatyczne sceny, zwłaszcza jeśli w tle namalowana była jakaś czytelna alegoria – na przykład ponury starzec w opończy symbolizujący śmierć. Albo złamana lilia. Zza zakrętu Wisły wyszło jeszcze dwóch policjantów, żółtodziobów, którym ledwo wąs się sypnął blond puszkiem – panny służące z wieżyczki zwróciły na nich wyraźnie większą uwagę niż na szacownego komisarza, który mógłby się raczej podobać równie szacownej matronie. W wyciągniętych rękach nieśli jakieś ociekające wodą szmatki; kiedy ułożyli je na piasku obok zwłok, nawet z wieżyczki dało się dostrzec, że to znaleziony na brzegu czy w przybrzeżnych szuwarach żakiecik uszyty z tego samego granatowego sukna co spódnica. Stali teraz i wpatrywali się to w trupa, to w ziemię, to w żołnierzy. Za nimi nadszedł lekarz policyjny, doktor Albin Schwarz; musiał być tu już wcześniej i stwierdzić zgon – w tej chwili nudził się nieco w oczekiwaniu na transport zwłok do prosektorium i może dlatego wybrał się z młodymi policjantami niby to na poszukiwania, a tak naprawdę na spacer, choć jak na połowę kwietnia, wciąż było zimno.