Mężczyzna raz jeszcze poświecił w stronę gęstwiny. Promień latarki prześlizgiwał się raz po lewej, raz po prawej stronie drzewa, za którym się ukrywał. W pewnym momencie poczuł jego miękki dotyk na swojej skórze. Zacisnął zęby i przykucnął, szykując się do skoku.
– Wracajmy do samochodu – powiedział mężczyzna.
Sekundę potem usłyszał ich oddalające się kroki. Wyjrzał zza drzewa. Mężczyzna szedł tuż za kobietą, co pewien czas się obracał i zerkał w stronę lasu. W końcu podnieśli leżące z boku rowery, włączyli lampki i pośpiesznie odjechali. Coś w nim wyło, żeby rzucić się za nimi w pogoń, ale powstrzymał się.
Opuścił swoją kryjówkę. Podszedł do miejsca, gdzie wcześniej znajdowali się rowerzyści. Nagle poczuł pod stopami coś ostrego. Schylił się i podniósł pęk kluczy. Obracał go przez chwilę w dłoni, a potem rzucił daleko przed siebie. Klucze upadły gdzieś na rozciągającej się przed nim górskiej łące.