W czasach gdy chirurdzy uważali ropę za naturalny element procesu gojenia, a nie za złowieszczy objaw posocznicy, większość zgonów była spowodowana infekcjami pooperacyjnymi. Sale operacyjne stanowiły prostą drogę na tamten świat. Bezpieczniej było poddać się operacji w domu, a nie w szpitalu, gdzie odnotowywano od trzech do pięciu razy wyższe współczynniki umieralności niż w warunkach domowych. Jeszcze w 1863 roku Florence Nightingale oświadczyła, że „rzeczywista umieralność w szpitalach, zwłaszcza w dużych, zatłoczonych miastach, jest znacznie wyższa, niż skłonni bylibyśmy sądzić na podstawie wszelkich wyliczeń dotyczących umieralności w wyniku tego samego rodzaju chorób wśród pacjentów leczonych poza szpitalem”[9]. Leczenie w domu wiązało się jednak z dużymi kosztami.