I cholera, wierzę mu, ale nie w tym rzecz. Nie mogę czekać na kasę od niego dłużej niż od innych. Jeżeli się rozejdzie, że McCoy dostał specjalne warunki, przestaną mnie szanować, a na to nie mogę sobie pozwolić. Wzdycham, bo męczy mnie ta rozmowa.
– Potrzebuję zabezpieczenia. Masz coś, co jest warte więcej niż twój potencjalny dług? – pytam, ale znam odpowiedź.
– Nie.
– To nie mamy o czym rozmawiać. Oleg – kiwam na mojego człowieka – wyprowadź go.
– Nie, nie. – McCoy podchodzi bliżej. – Może to nie jest to, ale...
– Ale? – Cholera, naprawdę jestem ciekawy.
– Mam to. – Wyjmuje telefon i mi go rzuca. Łapię urządzenie i patrzę...
– Jesteś tego pewien?
– Tak. Jeżeli się nie odegram, to twoje zabezpieczenie do czasu, aż wszystko oddam.
I w tym momencie przestaję szanować tego dupka. Jednak nie powiem mu tego. Jest zbyt głupi, żeby wiedzieć, że takich rzeczy się nie robi. Czasem nienawidzę tego biznesu, ale jak każdy z czegoś muszę żyć.
– Zgoda – oznajmiam. – Ale to ja decyduję kiedy, jak i na jak długo.
– Jasne, dziękuję, panie Tarasow. – Wygląda, jakby właśnie wygrał bańkę w totka. A ja wiem, że nie powinien mi dziękować ani ja nie powinienem tego przyjmować, jednak i tak to robię.