– No. Na Arranie – odparł Strike. – Miał tam z trzecią żoną olbrzymi dom. No wiesz, rolnictwo hobbystyczne. Prawdopodobnie do odpisania od podatku. Skurczybykom źle patrzyło z oczu... mam na myśli owce... nie pamiętam, jaka to była rasa. Czarno-białe. Olbrzymie rogi i żółte ślepia.
– To pewnie jacobsy – domyśliła się Robin. – Wychowywałam się z olbrzymią stertą „Hodowli Owiec” obok sedesu... – wyjaśniła, odpowiadając na uśmiech Strike’a. – Siłą rzeczy znam rasy owiec... Jak jest na Arranie?
Tak naprawdę pytała, jaka jest rodzina Charlotte.
– Z tego, co pamiętam, to ładnie, ale byłem tam tylko raz. Nie zaprosili mnie ponownie. Ojciec Charlotte mnie nie znosił.
– Dlaczego?
Zanim Strike odpowiedział, dopił burbon.
– Hm, powodów było kilka, ale moim zdaniem na szczycie listy znajdowało się to, że jego żona próbowała mnie uwieść.
Zduszony okrzyk Robin zabrzmiał o wiele głośniej, niż zamierzała.
– No. Miałem wtedy jakieś dwadzieścia dwa–dwadzieścia trzy lata. Ona miała co najmniej czterdzieści. Bardzo atrakcyjna, jeśli lubi się kobiety chude jak kokainistki.