– Ale... jak?
– Wybraliśmy się na Arran na weekend. Scheherazade – tak miała na imię macocha – i ojciec Charlotte ostro pili. Poza tym połowa rodziny miała problemy z narkotykami, wszystkie przyrodnie siostry i przyrodni bracia. Po kolacji siedzieliśmy we czworo i tankowaliśmy. Ojciec Charlotte od początku nie był mną zachwycony. Liczył na kogoś z bardziej błękitną krwią. Ulokowali mnie i Charlotte w osobnych sypialniach na różnych piętrach. Koło drugiej w nocy poszedłem do swojego pokoju na poddaszu, rozebrałem się, padłem zalany na łóżko, wyłączyłem światło i parę minut później drzwi się otworzyły. Oczywiście myślałem, że to Charlotte. W pokoju było zupełnie ciemno. Przesunąłem się, ona wślizgnęła się do łóżka...
Robin uświadomiła sobie, że rozdziawiła usta, więc je zamknęła.
– ...całkiem naga. Mimo to nie zaskoczyłem. Miałem w sobie prawie całą butelkę whisky. Wtedy ona... hm... sięgnęła po mnie... jeśli rozumiesz, co mam na myśli...
Robin zasłoniła usta dłonią.