Strike, który naprawdę nie gapił się przed laty na piersi Scheherazade Campbell, robił teraz, co w jego mocy, by okazać podobną uprzejmość swojej wspólniczce, lecz jeszcze nigdy nie wydawała mu się taka ładna: zarumieniła się pod wpływem alkoholu i śmiechu, a jej jasnorude włosy lśniły w rozproszonym blasku złotej kopuły nad ich głowami. Gdy nagle się pochyliła, by podnieść coś z podłogi, za wiszącym na jej szyi opalem ukazała się głęboka jaskinia rowka między piersiami.
– Perfumy. – Wyprostowała się, trzymając fioletową torebeczkę z Liberty, zawierającą prezent urodzinowy od Strike’a. – Mam ochotę się nimi skropić.
Odwiązała wstążkę, zdjęła papier ozdobny i wyjęła z pudełeczka biały prostokątny flakon, a Strike patrzył, jak spryskuje odrobiną perfum nadgarstki oraz – zmusił się, by odwrócić wzrok – zagłębienie między piersiami.
– Pachną wspaniale. – Przysunęła nadgarstek do nosa. – Dziękuję.