– Wystarczy Chyłka. Przez „panią” czuję się, jakbym miała zacząć walić biovital prosto z gwinta.
– Rozumiem – odparła nieco skonsternowana rozmówczyni, po czym powiodła wzrokiem po salonie. – Gdzie mogłybyśmy porozmawiać?
Joanna wskazała kanapę, a potem sama z trudem się na niej usadowiła, czując, jak fiszbiny wbijają jej się w skórę. Zaklęła cicho.
– Ostatnim razem takie problemy z siadaniem miałam, kiedy nosiłam pasożyta.
– Słucham?
– Nic – odparła Chyłka, starając się jakoś ułożyć dół sukni. – Jak ci projektanci w ogóle sobie wyobrażają, że się w tym chodzi do kibla?
– Szczerze mówiąc…
– Przecież samej się tego wszystkiego nie utrzyma.
Joanna westchnęła cicho, a potem odwróciła się do siedzącej obok Poli. Przez ułamek sekundy wydawało jej się, że skądś kojarzy jej twarz. Zaraz jednak uczucie znajomości znikło.
– Dobra – odezwała się Chyłka. – Niech pani mówi.
– Cóż…
Byszkiewicz zawahała się, nerwowo wodząc wzrokiem wokół. Zupełnie jakby wcześniej przygotowała sobie całe przemówienie, ale teraz zapomniała, od czego w ogóle chciała zacząć.
– Musi pani wiedzieć, że moja córka nigdy nie targnęłaby się na swoje życie. Miała kochających…
– To mnie nie interesuje.
– A co?